Kobiece rozmowy – Nalu Bodywear

O pewności siebie, umiłowaniu natury i minispódniczkach rozmawiam z Olą, założycielką marki Nalu Bodywear.

Jaka jest Twoja kobiecość? Jak postrzegasz siebie jako kobietę, jak w ogóle definiujesz pojęcie kobiecości?

Moja definicja kobiecości zmieniała się kilkukrotnie się na przestrzeni lat… Kiedyś odpowiedziałabym na to pytanie zupełnie inaczej. Jako młoda dziewczyna uważałam, że kobiecość to delikatność, ciepło i wszystkie te rzeczy stereotypowo postrzegane jako kobiece. Aktualnie moja kobiecość to przyznanie się przed sobą do wszystkich jakości, zarówno tych stereotypowo postrzeganych jako męskie, jak i tych kobiecych. Nie ukrywam już przed sobą i innymi, że jestem bardzo wrażliwa i delikatna bo wiem, że jestem też rzeczowa i waleczna. Przełomowym momentem w moim życiu było zaakceptowanie własnej cykliczności, czyli po prostu tego, że mam miesiączkę. Wiem, że zależnie od fazy cyklu menstruacyjnego są we mnie inne hormony. To wpływa na mój nastrój, na postrzeganie rzeczywistości, na energię do działania (lub jej brak). Zamiast zaprzeczać tym wewnętrznym zmianom, staram się podążać za nimi. Tak organizuję swoje życie i pracę w danym momencie, aby być w zgodzie z tym, jak się czuję i na co mam siłę. Przykład? Przez pierwsze dni cyklu nie pracuję lub ograniczam się do kompletnego minimum (to mój przywilej z racji posiadania firmy). Te dwa dni wyłączenia się z życia i obowiązków dają mi supermoce na kolejne 4 tygodnie pełne zadań i wrażeń.

Wychodzi na to, że moja kobiecość to po prostu bycie szczerą samej ze sobą i zaakceptowanie tego, co jest we mnie.

Zauważyłam, że w najnowszej kolekcji The Heritage pojawiły się sukienki mini, czy ma to związek z jakąś Twoją przemianą?

Zdecydowanie! Ta historia sięga trochę głębiej. Przez ostatnie kilka lat nie byłam w stanie założyć mini. To wiązało się z jakimiś blokadami w mojej głowie, podszytymi strachem i obawą. Miałam w sobie przekonanie, że odsłanianie ciała jest wulgarne, jest swego rodzaju seksualizowaniem go. Była we mnie jakaś taka okropna myśl, że kobieta, która eksponuje swoje ciało, jest w jakiś sposób “gorsza”. Mimo że starałam się nie mieć uprzedzeń – ta myśl, która jest gdzieś zakorzeniona w ogólnej świadomości, miała na mnie ogromny wpływ. Unikałam pokazywania nóg, noszenia spódnic z powodu pewnych doświadczeń, także zaczepek i nagabywania na ulicy. W pewnym momencie zebrałam się na odwagę, żeby skonfrontować się z własnymi ograniczeniami. Wtedy uznałam, że nie chcę, żeby one mnie dotyczyły.

Sukienki z mojej najnowszej kolekcji są według mnie seksowne – ale nie wyzywające. To, że takie modele pojawiły się w kolekcji, jest trochę jak rzucenie rękawicy klientkom mojej marki. Wiem, że wiele z nich ma podobne rozterki do moich. Temat akceptacji swojego ciała, przekonań na temat seksualizacji, tego, co wypada, pojawia się często w kobiecych głowach. A ubrania mogą mieć terapeutyczny wpływ! Uważam, że noszenie ubrań eksponujących ciało jest w porządku. Ale tylko wtedy, kiedy same czujemy się z tym dobrze, kiedy to wynika z nas. Każda kobieta ma inne podejście do tego tematu i uważam, że nie powinnyśmy się same wpisywać w ramy tego, co według innych nie wypada.

W Nalu ubrania tworzone są zgodnie ideą sprawiedliwego handlu, wybierasz naturalne materiały, szyjesz lokalnie… Widać, że temat zrównoważonej mody nie jest Ci obcy. Czy Ty, jako konsument, zwracasz na to uwagę kupując ubrania?

Kiedyś byłam wręcz radykalna! Niestety. Bardzo interesowałam się wtedy tym tematem, angażowałam się w ruch proekologiczny. Kupowałam od lokalnych producentów, jeździłam na targi, a warzywa zamawiałam w kooperatywie spożywczej, zawsze od rolników z mojej okolicy. Ale jak to w życiu bywa – dojrzałam i nabrałam dystansu. Troszkę zmieniłam podejście. Z osoby zero waste, która mocno krytykowała innych, stałam się osobą less waste, która pracuje wyłącznie nad własnymi nawykami. Uważam, że to dużo zdrowsze podejście do tematu.

Jeżeli chodzi o ubrania, to zawsze zwracam uwagę na skład. Nie kupuję poliestru, ekoskóry. Wychodzę z założenia, że materiał dobrej jakości posłuży mi dłużej. Te przekonania przekładają się oczywiście na moją markę ubraniową. Zdaję sobie sprawę z tego, że biznes modowy jest wiązany z wieloma współczesnymi problemami, w tym z zanieczyszczeniem środowiska. Dlatego w Nalu staram się robić wszystko w jak najbardziej przyjazny planecie, zrównoważony sposób. Korzystam z wiskozy, tencelu, który pochodzi z celulozy drzewnej, czy polskiego lnu. To moje ulubione tkaniny. Co jest dla mnie ważne, to fakt, że szyjemy w małej szwalni w Słupsku. Znam osobiście pracujące tam krawcowe. Mam pewność, że otrzymują godne wynagrodzenie.

Do pakowania paczek nie używamy plastiku – to drobiazg, ale jakże ważny. Nie tworzymy też nadprodukcji. Tak zarządzamy firmą, że wypuszczamy na rynek niewiele egzemplarzy. Później ewentualnie doszywamy modele, które sprzedają się najlepiej. W ten sposób nie magazynujemy ton ubrań i nie tworzymy potencjalnych śmieci.

Twoje lookbooki zawsze mnie zachwycają. Ze zdjęć emanuje jednocześnie naturalność i delikatność, a z drugiej strony czuć w nich ogromną kobiecą energię. Jestem ciekawa, jaka idea przyświecała Ci, kiedy projektowałaś pierwszą kolekcję. Jakie kobiety chciałaś ubierać?

Kolekcje Nalu zmieniają się tak, jak ja się zmieniam. Pierwsza była bardzo boho, hippie, taka lekka i dziewczęca. Wtedy właśnie takie kobiety chciałam ubierać – bo sama taka byłam. Czuję teraz, że zostawiam ten etap dziewczęcy za sobą, dojrzewam jako kobieta. Moje ostatnie kolekcje wyrażają właśnie tę wewnętrzną przemianę, której sama chyba nie dostrzegałam. Dopiero ostatnio, kiedy dostrzegłam, że stworzyłam sukienki bardziej eleganckie, zmysłowe, w stylu vintage, pomyślałam: “Wow! Ja naprawdę tak się czuję, nie jestem już dziewczynką.” Niemniej, styl boho i hipisowska nuta pozostaną ze mną i z Nalu na zawsze – bo ja taka jestem. Mocno mnie też inspiruje też estetyka francuska i myślę, że wiosenna kolekcja będzie projektowana właśnie w takim stylu.

Na koniec powiedz mi, jak dbasz o swoją kobiecość. Ja nazywam to chodzeniem ze sobą na randki. Po prostu: co robisz, żeby sprawić sobie przyjemność i docenić siebie?

Może to banalne, ale dla mnie bardzo ważne: mam taki swój rytuał, że w trakcie pracy wychodzę na kawę i ciasto, zupełnie sama. To taka moja odskocznia w natłoku wszystkiego. Zostawiam biuro i pracę, zamykam za sobą drzwi i mam 30 minut na to, żeby odetchnąć, oczyścić głowę. Wracam zregenerowana, z nowym spojrzeniem na pracę.

Lubię też się rozpieszczać przedmiotami. Uwielbiam dbać o swój dom i wszelkie nowe rzeczy typu ładna lampa, nowa roślina, ogromnie mnie cieszą. Ale najważniejszy jest dla mnie teraz temat zdrowia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Dbam o moją dietę i biorę suplementy, pamiętam o ćwiczeniach, korzystam z masaży. Zdecydowałam się też pójść na terapię, żeby mieć zdrowszą głowę. Wiem, że jeśli teraz zadbam o siebie – o moje ciało i duszę – to będę mogła w przyszłości działać skuteczniej i lepiej wykorzystywać swoje predyspozycje. Najważniejsza jest harmonia i do niej dążę.

Zdjęcia: Marta Brylińska

Ubrania: Nalu Bodywear

hauka - Klaudia Halz - magic & romantic vibes

YOU MIGHT ALSO LIKE